prezes zarządu Torpol Oil & Gas


Local content – czy polskie firmy będą przy stole decyzyjnym, czy znów pod nim?

Od prawie trzydziestu lat zajmuję się lat projektowaniem i budową instalacji technologicznych dla przemysłu naftowego, gazowego, petrochemicznego i energetycznego. Realizowaliśmy kontrakty o wartości setek milionów złotych w Polsce, Norwegii, Serbii, Ukrainie czy nawet Pakistanie. Znamy każde ogniwo w łańcuchu dostaw. Wiemy, którzy dostawcy są wiarygodni, które technologie sprawdzają oraz jakie są realne możliwości produkcyjne krajowych firm. Wiemy, jak wygląda różnica w prowadzeniu biznesu w Polsce i poza naszymi granicami, wiemy również jak wygląda zarówno współpraca jak i konkurowanie z zagranicznymi koncernami, koncernami które zwykle traktują polski rynek jako miejsce do zarobku, a nie do budowania długoletniego partnerstwa.

Dlatego z głębokim niepokojem, ale też z pewną dozą już rutynowej frustracji, obserwuję prace nad wdrożeniem koncepcji local content w Polsce. 8 października 2025 roku Minister Aktywów Państwowych wydał zarządzenie powołujące Zespół do spraw Udziału Komponentu Krajowego w Kluczowych Procesach Inwestycyjnych. To historyczny moment – pierwszy raz w polskim prawie pojawia się formalna struktura, która ma zdefiniować, jak wykorzystać potencjał krajowych firm w strategicznych inwestycjach. To krok milowy. To szansa, której nie możemy zmarnować. Dlaczego o tym piszę? Gdyż naprawdę obawiam się że możemy tą szansę zmarnować …

Znów o nas bez nas? Historia, która się powtarza

Zarządzenie to sankcjonuje zdefiniowanie pojęcia komponentu krajowego w kluczowych procesach inwestycyjnych, identyfikacji kluczowych sektorów gospodarki w ramach, których będzie wykorzystywany komponent krajowy oraz metodologii pomiaru udziału tego komponentu. Niemniej w zakresie składu Zespołu odpowiedzialnego za wdrożenie tego zarządzenia brakuje jednak jednej, kluczowej grupy: przedstawicieli firm, które faktycznie będą realizować te inwestycje. To resort i jego ludzie zadecydują o technicznych parametrach i metodach kalkulacji udziału krajowego. My – praktycy, inżynierowie, przedsiębiorcy – możemy liczyć najwyżej na zaproszenie do wyrażenia nieobowiązującej opinii. Będziemy gośćmi, nie uczestnikami.

Przeczytałem to zarządzenie i poczułem déjà vu. To samo widziałem już wiele razy. Nasze środowisko angażowało się już w podobne inicjatywy – choćby w strukturach doradczych przy resorcie infrastruktury. Byliśmy obecni, włożyliśmy ogrom pracy w analizy i propozycje rozwiązań wypracowane na bazie doświadczenia z aktualnie realizowanych projektów. Traktowaliśmy to poważnie, przekonani że nasza znajomość tematu ma wagę.

Rezultat? Administracja ustaliła regulacje według własnego uznania, a nasze rekomendacje nie zostały w żadnym aspekcie uwzględnione. Uznano – jak zwykle – że urzędnicy najlepiej rozumieją realia przemysłu i biznesu.

Obecnie sytuacja się powtarza. Znowu ludzie, którzy nigdy nie musieli w celu wygrania przetargu mierzyć się z brutalną konkurencją międzynarodowych koncernów, którzy nie musieli prowadzić negocjacji z dostawcami czy podwykonawcami i rozwiązywać ich problemów, którzy nie musieli zrealizować projektu pod presją czasu i budżetu, dotrzymując rygorystycznych warunków kontraktowych … takie osoby będą ustalać zasady gry, które zadecydują o przyszłości polskich firm.

Skala wyzwania – o czym tak naprawdę mówimy

Zanim przejdę do szczegółów problemu, pozwólcie, że nakreślę skalę tego, o czym rozmawiamy. Bo local content to nie jest jakaś abstrakcyjna idea, to nie jest kwestia patriotycznych uniesień. To są konkretne pieniądze, miejsca pracy, transfer technologii, rozwój kompetencji. Weźmy kilka kluczowych sektorów, w których Polska będzie inwestować gigantyczne środki w najbliższych latach:

Budowa CPK: Na który Polski rząd zamierza przeznaczyć do 2032 r prawie 132 mld złotych.

Offshore Wind: Inwestycje w morską energetykę wiatrową mogą sięgnąć 300 mld zł do 2040 roku.

Energetyka jądrowa: Szacowany koszt budowy pierwszej polskiej elektrowni jądrowej to nawet 190 miliardów złotych (przy czym obecnie prowadzone są rozmowy o budowie kolej nych elektrowni jądrowych w Polsce).

Obronność: Budżet obronny na 2025 rok to 124 miliardy złotych. Do 2029 roku ma wzrosnąć do około 192 miliardów złotych.

Są to tak gigantyczne kwoty, że aby pokazać perspektywę: łączne przychody 15 największych spółek budowlanych w Polsce w 2023 roku wyniosły niespełna 46,2 miliarda złotych. Mówimy więc o inwestycjach, które są wielokrotnością całego rynku dużych polskich firm budowlanych.

Podczas jednego ze spotkań branżowych przedstawiciele francuskiego EDF z dumą informowali, że podczas budowy elektrowni jądrowej Hinkley Point C w Wielkiej Brytanii udział firm brytyjskich wyniósł około 62,5%. Zastanówmy się przez chwilę: gdyby polska branża mogła osiągnąć choćby 50% udziału w budowie naszej elektrowni – a przecież jest to cel jak najbardziej realistyczny, o ile stworzymy odpowiednie warunki – oznaczałoby to, że nawet 100 miliardów złotych pozostałoby w obiegu polskiej gospodarki. Tylko z tego jednego projektu! Do tego doliczmy kwoty z sektora obronności, CPK i Offshore i skala robi się po prostu przeolbrzymia.

Mówimy o setkach miliardów złotych, które albo zostaną w Polsce, napędzając rozwój krajowych firm, tworząc miejsca pracy, inwestycje w badania i rozwój, transfer technologii oraz jako podatki – albo odpłyną za granicę, wzbogacając zagraniczny kapitał.

Bolesne lekcje z przeszłości

Niestety, mamy już bogate doświadczenie w tym, jak NIE powinno się robić local content. I te doświadczenia powinny być ostrzeżeniem. Pamiętacie offset przy zakupie samolotów F-16? Ustawa o zobowiązaniach offsetowych z 1999 roku zakładała bezpośredni offset w postaci inwestycji lub transferu technologii w Polsce na poziomie około 40%. Szczere intencje, ambitne założenia. Efekt? Mimo wysiłków niewiele z tego wyszło. Program nie przyniósł oczekiwanych rezultatów, a mechanizmy egzekucji okazały się niewystarczające.

Powinniśmy uczyć się na własnych błędach i wyciągać z tego wnioski. Powinniśmy uczyć się także widząc jak działają zachodnie korporacje. Kilkanaście lat temu uczestniczyłem w realizacji jednej ze strategicznych inwestycji w Polsce o wartości kilku miliardów złotych. Projekt realizowaliśmy wspólnie w konsorcjum z firmą włoską. W trakcie jego realizacji ta firma praktycznie WSZYSTKO sprowadzała z Włoch. Nawet kable elektryczne, cegły czy włazy do studzienek kanalizacyjnych – rzeczy, które bez problemu można było kupić w Polsce, często lepszej jakości i taniej. Wiele osób wtedy dziwiło się a nawet naśmiewali z takiego podejścia … ale patrząc z perspektywy czasu ta włoska firma już wtedy systematycznie wspierała swoich krajowych dostawców. Dbała o własny rynek i własne firmy. Mieli wypracowaną strategię, jak dbać o rozwój rodzimego sektora. Każde euro wydane u włoskiego producenta to euro, które wraca do włoskiej gospodarki, do włoskich pracowników, do włoskich podatników.

W wielu krajach wspieranie rodzimych firm jest traktowane nijako obowiązek. Jeśli ktoś ostatnio współpracował z koreańskimi chaebolami, wie dokładnie, o czym mówię. Podczas budowy instalacji Polyolefin w Policach przez Hyundai Engineering wykorzystanie polskiego komponentu było… znikome. Powiem wprost – nie było go wcale. Dla firm z Korei priorytetem jest współpraca z koreańskimi partnerami, nawet jeśli projekt realizowany jest w Polsce i można znaleźć tańszego polskiego dostawcę czy podwykonawcę. Oni przywożą wszystko – od sprzętu przez materiały po własnych pracowników. Pieniądze przepływają przez Polskę, ale kumulują się poza naszymi granicami.

Nie dzieje się to dlatego, że polskie firmy są gorsze. Nie dlatego, że nie mamy kompetencji. To się dzieje dlatego, że w kontraktach nie ma mechanizmów stymulujących uczestnictwo polskich firm. Zwyczajnie nikt nie zadbał o odpowiednie zapisy, nikt nie określił precyzyjnie, co to znaczy „local content” i jak go weryfikować oraz jak egzekwować jego wprowadzanie.

Kluczowe pytanie: kto jest „polski”?

Tu dochodzimy do sedna problemu. Bo aby local content miał sens, musimy najpierw zdefiniować, co to właściwie znaczy „polski komponent” czy „polska firma”. I to wcale nie jest takie oczywiste, jak się wydaje. Weźmy prosty przykład: firma zarejestrowana w Polsce, płacąca podatki w Polsce, zatrudniająca Polaków, ale należąca do zachodniej korporacji i transferująca zyski za granicę – czy to jest local content? Z jednej strony – tworzy miejsca pracy, płaci ZUS, odprowadza VAT. Z drugiej strony – zyski wypływają za granicę, decyzje strategiczne podejmowane są w centrali w Niemczech czy we Francji, kluczowa wiedza pozostaje poza Polską.

Odwrotna sytuacja: firma zarejestrowana poza granicami Polski, płacąca podatki za granicą, ale należąca do polskiego właściciela, który transferuje zyski do Polski i inwestuje je w rozwój polskich biznesów. To jest local content czy nie?

Albo jeszcze bardziej skomplikowany przypadek: firma polska, która 70% komponentów kupuje od zagranicznych dostawców, tylko montując końcowy produkt w Polsce. Versus firma zagraniczna, która kupuje 70% komponentów od polskich poddostawców. Która z nich bardziej wspiera polską gospodarkę?

To nie są pytania teoretyczne. To są dylematy, z którymi mierzą się przedsiębiorcy przy każdym większym kontrakcie. I to są pytania, na które muszą odpowiedzieć autorzy definicji local content. I kto ma na nie odpowiedzieć? Urzędnik z ministerstwa, który nigdy nie musiał analizować łańcucha dostaw? Prawnik, który zna przepisy, ale nie zna rynku? Czy może inżynier i przedsiębiorca, który zna polski rynek jego mocne i słabe strony i który na co dzień konkuruje z międzynarodowymi koncernami i wie, jak to wygląda w praktyce?

Pułapka prawa europejskiego

Jest jeszcze jedna, fundamentalna kwestia, o której musimy głośno powiedzieć: problem zgodności z prawem Unii Europejskiej. Trybunał Sprawiedliwości UE w wyroku w sprawie C-243/89 jasno stwierdził, że klauzule nakazujące użycie krajowych towarów i usług w zamówieniach publicznych są sprzeczne z zasadą swobodnego przepływu. To znacznie ogranicza możliwość wprowadzania „twardych” wymogów local content w projektach cywilnych.

Pierwszym krajem na świecie który wprowadził regulacje odnośnie „local content” jest Brazylia, która zrobiła to poprzez Resolução ANP nº 19/2013. W przepisach tych określono wskaźnik udziału lokalnego w usługach w odniesieniu do całkowitej wartości usługi. Wielka Brytania, Francja, Niemcy, Stany Zjednoczone – wszyscy potrafią chronić swoje rynki, nie naruszając formalnie przepisów o wolnym rynku. Jak to robią? Poprzez mądre definiowanie kryteriów pozacenowych w przetargach. Poprzez wymogi dotyczące serwisu i wsparcia technicznego, które naturalnie faworyzują firmy lokalne. Poprzez preferencje dla firm zatrudniających lokalną siłę roboczą i płacących lokalne podatki. Poprzez wymogi dotyczące transferu technologii i know-how.

Jednakże, żeby to zrobić mądrze, trzeba znać realia biznesu. Trzeba wiedzieć, które kryteria są kluczowe, a które drugoplanowe. Trzeba rozumieć, jak działają międzynarodowe koncerny i gdzie są ich słabe punkty. Trzeba znać polski rynek – nasze mocne strony, ale też ograniczenia. I znowu wracamy do tego samego pytania: kto ma tę wiedzę? Urzędnik czy przedsiębiorca?

Zmiana narracji – progress czy iluzja?

Obserwuję jednak z pewną nadzieją, że narracja w Polsce się zmienia. Coraz więcej osób zarządzających, coraz więcej polityków rozumie, jak ważnym aspektem jest rozwój naszej gospodarki, a nie tylko świadomość, że coś udało się wybudować. Coraz więcej decydentów rozumie, że trzeba podnosić kwalifikacje, rozwijać się, zdobywać doświadczenie, i że zarobione pieniądze powinny wracać do naszej gospodarki, a nie odpływać za granicę.

Minister Wojciech Balczun zaproponował bardzo rozsądne rozwiązanie: mechanizm rozliczania zarządów spółek państwowych realizujących kluczowe inwestycje w zakresie local content, oparty na kluczowych wskaźnikach efektywności (KPI – Key Performance Indicators). To byłoby przełomowe – gdyby premia prezesa zależała od tego, ile polskich firm zaangażował w projekt, sytuacja zmieniłaby się z dnia na dzień. 30 października 2025 roku odbyło się pierwsze posiedzenie Zespołu ds. Udziału Komponentu Krajowego w Kluczowych Procesach Inwestycyjnych. To moment przełomowy. Może być to element pokazujący, że Polska, która przez ostatnie trzy dekady była krajem aspirującym, stała się krajem świadomym i ambitnym, o czym mówiono na posiedzeniu. Oby nie było to kolejnym przykładem zmarnowanej szansy. Kolejnym przypadkiem, gdy szczytne cele rozbiją się o wadliwe mechanizmy wdrożenia.

Czego oczekujemy? Miejsca przy stole, nie w poczekalni

Powiem wprost, czego oczekuję – i czego, jestem przekonany, oczekuje cała polska branża inżynieryjno-budowlana.

Po pierwsze: Przedstawiciele polskich firm i organizacji branżowych – Stowarzyszenia Inżynierów Doradców i Rzeczoznawców, izb gospodarczych, stowarzyszeń inżynierskich, firm realizujących strategiczne projekty – muszą otrzymać mandaty w Zespole ds. Local Content jako pełnoprawni członkowie, nie jako goście na przesłuchaniu. Nie chodzi o to, żeby nas „wysłuchano”. Chodzi o to, żeby nasz głos miał moc sprawczą w definiowaniu fundamentalnych kwestii technicznych i metodologicznych. Bo to MY wiemy, jak zbudować instalację przemysłową. To MY rozumiemy łańcuchy dostaw. To MY konkurujemy z międzynarodowymi koncernami i znamy ich strategie. To MY będziemy realizować te inwestycje – albo je stracimy na rzecz zagranicznych firm.

Po drugie: Proces definiowania local content musi być transparentny i oparty na rzeczywistym dialogu z szerokim gronem przedstawicieli branży. Nie może to być dokument napisany w gabinetach ministerialnych, który potem zostanie „skonsultowany” poprzez wysłanie pisma z prośbą o uwagi w tygodniowym terminie.

Po trzecie: Definicje i metodologie muszą być praktyczne i egzekwowalne. Nie mogą to być ogólnikowe deklaracje, które każdy będzie interpretował po swojemu. Musimy mieć jasne kryteria, mierzalne wskaźniki, transparentne mechanizmy weryfikacji.

Po czwarte: Musimy mieć mechanizmy egzekucji. Piękne zapisy w dokumentach nic nie dadzą, jeśli nie będzie konsekwencji za ich nieprzestrzeganie. Prezes spółki państwowej, który zrealizuje miliardowy projekt bez odpowiedniego udziału polskich firm powinien ponieść tego konsekwencje.

To nie jest kwestia patriotyzmu. To kwestia kompetencji.

Chcę to powiedzieć jasno: nie apelujemy o protekcjonizm. Nie chcemy, żeby polskie firmy dostawały kontrakty tylko dlatego, że są polskie. Chcemy uczciwej konkurencji, ale na równych zasadach. Gdy zagraniczny koncern startuje w przetargu, ma za sobą doświadczenie z dziesiątek podobnych projektów na całym świecie. Ma dostęp do taniego kapitału. Ma wypracowane standardy i procedury. Ma wsparcie swojego rządu – bo wszyscy mają swój „local content”, tylko że nikt tego tak nie nazywa.

Polska firma startuje z mniejszym doświadczeniem, droższym kapitałem, często bez wsparcia. I jeszcze traci kontrakt, bo ktoś źle zdefiniował kryteria przetargowe. To nie jest walka o uczciwy kawałek tortu. To jest walka o to, żeby Polska gospodarka mogła uczestniczyć w największym projekcie infrastrukturalnym w swojej historii. Gdy urzędnik źle zdefiniuje „komponent krajowy”, to nie on poniesie konsekwencje. Poniosę je ja – tracąc kontrakt. Poniosą moi pracownicy – tracąc pracę. Poniosą rodziny – tracąc możliwość rozwoju. Poniesie polska gospodarka – tracąc kapitał, know-how, podatki.

A za dziesięć lat będziemy siedzieć i zastanawiać się, dlaczego przy budowie elektrowni atomowej za 190 miliardów złotych polskie firmy miały 15% udziału zamiast 50%. Dlaczego kluczowa technologia została w rękach zagranicznych koncernów. Dlaczego setki miliardów złotych odpłynęły za granicę.

I ktoś powie: „nie mieliśmy odpowiednich kompetencji”. Ale to nie będzie prawda. Prawda będzie taka, że nie dopuściliśmy tych, którzy mieli kompetencje, do współdecydowania o zasadach gry. Powiem więcej – uczestnicząc naprawdę w szeregu inwestycji na świecie także w międzynarodowych konsorcjach, powiem że my jako Polacy nie mamy się czego wstydzić, nasza wiedza techniczna czy doświadczenie często było wyższa od naszych konsorcjantów, niemniej ograniczenia w referencjach czy dostępności do środków finansowych zawsze stawiały międzynarodowe korporacje na pierwszym miejscu.

Apel końcowy

Drodzy decydenci, szanowni urzędnicy, politycy odpowiedzialni za te projekty: Macie przed sobą historyczną szansę. Możecie stworzyć mechanizm, który przez następne dekady będzie napędzał rozwój polskiej gospodarki. Albo możecie stworzyć kolejny nieskuteczny dokument, który za kilka lat będzie studiowanym przypadkiem tego, jak NIE należy robić polityki przemysłowej.

Ale żeby stworzyć coś dobrego, musicie przestać zakładać, że wszystko wiecie najlepiej. Musicie umożliwić wypowiedzenie się na równych warunkach przedsiębiorcom i inżynierom, którzy faktycznie budują polską gospodarkę. Nie jako ozdobę na spotkaniu. Nie jako „ekspertów do konsultacji”. Ale jako współautorów rozwiązań mających bezpośredni wpływ na ich przyszłość. Bo jak pokazała historia – od offsetu F-16 po projekty infrastrukturalne – Polska już wystarczająco dużo razy zapłaciła za rozłam między administracją a biznesem. Nie możemy sobie pozwolić na kolejną taką lekcję. Stawka jest za wysoka.